7 Kettles

19 Feb, 2008

The Cure + 65daysofstatic, 18 lutego 2008, Torwar, Warszawa

Posted by: Łukasz Warna-Wiesławski In: koncerty

The Cure + 65daysofstatic, 18 lutego 2008, Torwar, Warszawa

Siedzę tak już kolejną godzinę nad edytorem tekstu i nie wiem co napisać. Czuję się przytłoczony. Trzy godziny i piętnaście minut muzyki The Cure to tak olbrzymia dawka, że powinienem mieć już dosyć Roberta Smitha na kilka najbliższych miesięcy. Nic z tych rzeczy!

Jeszcze przed koncertem, najbardziej czekałem na występ 65daysofstatic. Brytyjczycy to obecnie jedna z oryginalniejszych kapel na post/math rockowym poletku, toteż nic dziwnego, że ich występu oczekiwałem z niecierpliwością. Set krótki, elektronika z płyty, dźwiękowiec ich zarżnął - tego się można było spodziewać. Szkoda, bo zagrali naprawdę wybornie - Retreat! Retreat! z kapitalnym początkiem - “We will not retreat! This band is unstoppable!” - kapitalne I Swallowed Hard Like I Understood - całość otworzył początek z One Time for All Time, czyli prawdziwe bomby energii w postaci Drove Through Ghosts to Get Here i Await Rescue. Lepszego początku sobie wymarzyć nie można było, tylko gdyby nie to oświetlenie i dźwięk… Chłopaki wyraźnie wyglądali na zmarnowanych i przygnębionych, taka już rola supportu. Szkoda mi ich było, bo gdyby pozwolić im się rozhulać to roznieśli by Torwar na drobny pył. Jakby ktoś był ciekaw, to “we don’t want The Cure” to była moja sprawka, mam nadzieje, że innych to rozbawiło tak samo jak mnie.

Po jakimś czasie w końcu na scenę wyszedł Robert, który wyglądał jak koszmar z ulicy Wiązów, czy inne straszydło (”Gruby zawsze duzo ważyl, bo mial na glowie tapira… a dorosly tapir to około 60kg” - wypatrzone na takim jednym forum). Początek wręcz idealny - Plainsong, Prayers for Rain i Fascination Street. Lepiej zacząć nie mogli, Disintegration to mój ulubiony album. Po raz pierwszy chyba w życiu doświadczyłem, co to jest kultowy zespół - kilka tysięcy fanów z Polski, Rosji, Litwy, Białorusi i pewnie kilku innych krajów stało jak zahipnotyzowane. The Cure zrobiło na mnie ogromne wrażenie, naprawdę nie spodziewałem się, że mogą być w tak wyśmienitej formie. Łącznie zagrali trzydzieści siedem utworów - ponad trzy godziny na pełnych obrotach. Pół godziny koncertu musiałem sobie odpuścić, bo po prostu nie miałem siły już stać pod sceną - przeniosłem się w bardziej komfortowe miejsce, chociaż z gorszym widokiem. Pictures of You i Lullaby widziałem jeszcze z bliska - cudo. Absolut krążył gdzieś nad sceną. Było Hanging Garden, były genialne bisy z Seventeen Seconds - At Night, M, Play for Today, A Forest. Setlista po prostu perfekcyjna - były zarówno chłodne smuty (te podobały mi się najbardziej), jak i skoczne przeboje znane z radia (tutaj trochę mniej emocji, ale wrażenia jak najbardziej pozytywne). Jeszcze jakoś nie mogę w sobie pozbierać, tego co zobaczyłem - za dużo wrażeń i emocji jak na jeden raz. Jednego przynajmniej jestem pewien - bawiłem się wyśmienicie i z chęcią zawitałbym dzisiaj na koncercie w Katowicach.

W ramach rekompensaty za małą ilość słów, wideo z Pictures of You. Mówi samo za siebie:

Pokrewne posty

No Responses to "The Cure + 65daysofstatic, 18 lutego 2008, Torwar, Warszawa"

Comment Form