
Jesienne odcienie melancholii to dla mnie dośc spora niespodzianka. Po pierwsze, wita nas już powoli wiosna, więc moment premiery jakby nie trafiony. Po drugie, naprawdę nie sądziłem, że płyta o takim tytule sprawi mi tyle przyjemności. Podczas gdy Hatifnats odbierali od Piotra Stelmacha nagrodę w kategorii “nadzieja roku”, gdzieś w Sopocie, Antoni Budziński kończył prace nad swoim debiutanckim albumem. Albumem, który momentami zapiera dech w piersiach i czaruje pięknymi dźwiękami. Nie ma sprawiedliwości.

Klimt - Jesienne odcienie melancholii
Requiem, 2008
Porównanie oczywiście niebezpodstawne, bo podobno zarówno Hatifnats i Klimt obracają się w klimatach shoegaze’owych. O ile ci pierwsi to jakaś średnio ciekawa wariacja na temat muzyki gitarowej wspieranej efektami i nie chcę do nich już wracać w tym tekście, bo po prostu nie warto, to solowy projekt gitarzysty sopockiej Saluminesii jest niezwykle interesującą propozycją gdzieś z pogranicza słodkich, islandzkich brzmień Sigur Rós, rozmarzonych dźwięków Slowdive i wielkomiejskiego zgiełku Buriala. Trzecie skojarzenie może i troszeczkę na siłę, ale dla mnie ta płyta jest jak najbardziej miejska i znakomicie mi się jej słucha patrząc jak za szybą autobusu znikają po kolei wszystkie drzewa, samochody, domy, latarnie… Nocny krajobraz miasta przesuwa się przed oczami, a ja siedzę gdzieś zawieszony w nieznanej przestrzeni autobusu N88 i zasłuchuje się w leniwie płynącym Heaven. Zapętlony wokal przypominający trochę etniczne zaśpiewy, ambientowe tło i syk otwierających się drzwi. Cudo.
Stylistycznie płyta jest mariażem gęstego, onirycznego grania zakorzenionego w dream popie. Każdy dźwięk jest zwiewny i eteryczny - spokojne plumkania gitary akustycznej w Hapinessless, zagubione gdzieś w gąszczu gitar wokale w Ennui, spokojnie wybijany rytm perkusji i szepty w Małych skrzydłach, melodia dyskretnie wpleciona między gitarowe tekstury w Oceanach. W założeniu miało być melancholijnie, ale u mnie ten album wywołuje radość. Włączam go i czuje się jak w jakiejś oazie spokoju, w której nie ma miejsca na smutek. Nawet dynamiczna i dramatyczna Spowiedź syren działa na mnie jak najbardziej orzeźwiająco i pobudzająco, wysyłając mnie gdzieś wysoko w góre i pokazując feerię różnobarwnych eksplozji na niebie. Fajerwerków na tym albumie znajdziemy pełno - grzechoczące talerze, delikatne dźwięki pozytywki, gitarowe zagrywki, które przenoszą mnie na moment do Montrealu - sporo jest takich drobiazgów, dzięki którym na twarzy pojawia się uśmiech. Płyta wybitnie marzycielska, urokliwie plastyczna, odsyłająca do wielu miejsc i wywołująca wiele odczuć. Wierzyć się nie chce, że to wszystko powstało tu, nad naszym polskim morzem.
Kojąca sielanka trwa niestety tylko czterdzieści pięć minut, więc jako żądny pięknych dźwięków słuchacz, puszczam sobie ten album jeszcze raz. A potem znowu. Znowu. Znowu… Tak mnie teraz naszło - ciekawe jakby ten album brzmiał na plaży w Sopocie, tak o wschodzie słońca? Pewnie nadprzyrodzone sytuacje mogą się zdarzyć. Z taką piękną płytą wszystko jest możliwe, oby więcej takich w tym roku.





[7.2]




