
Są chwile dla których warto bawić się w słuchanie muzyki i kolekcjonowanie płyt. Jedną z nich przeżyłem w poniedziałek dwa tygodnie temu. Po całym dniu zajęć zmęczonym gestem otworzyłem skrzynkę pocztową i z trudem schyliłem się, by sprawdzić jej zawartość. Ku zdziwieniu czekała tam na mnie wielka, brązowa koperta obklejona setką naklejek i ostemplowana milionem pieczątek. Wstępny rzut oka: jakaś płyta i jakaś książka, Middletown w Connecticut. Olśnienie sprowadził wielki napis “doom”, otóż ten pakunek to Deathconsciousness!

Have a Nice Life - Deathconsciousness
Enemies List, 2008
Wydawnictwo dopracowane jest co do najdrobniejszego szczegółu. Cieniutkie, zgrabne pudełko zdobi fragment obrazu Śmierć Marata, autorstwa Jacques-Louisa Davida. Oba krążki wyglądają jakby były pomalowane sprayem, jeden błyszczy na złoto, drugi na srebrno. Oba metaliczne kolory przebijają się przez warstwę ziarnistej czerni. Niby taki szczegół, a jak znakomicie oddaje charakter muzyki Have a Nice Life. Do eleganckiego opakowania dołączona jest również gruba, około siedemdziesięciostronicowa książka, która poza standardowymi informacjami o płycie, tekstami zawiera dość długi wykład na temat włoskiej sekty heretyków - Antiocheanów.
Esej został podobno napisany przez profesora historii religii Uniwersytetu w Massachusetts. Podobno, bo jego imię i nazwisko zostało zamalowane na czarno. Wygląda jakby nie chciał opublikowania swoich danych. Wzbudziło to moje podejrzenie, tak jak milczenie internetu na temat rzeczonej sekty. Śmiem więc twierdzić, że to wszystko fikcja literacka, co oczywiście nie jest zarzutem. Przedstawioną historię pochłonąłem błyskawicznie i wtedy zacząłem dostrzegać związki między fascynującą lekturą, a konceptem albumu. Książeczka znacząco wpłynęła na odbiór materiału. Może brak mi doświadczenia w ocenianiu wydawnictw DIY, ale myślę, że każdy zwolennik tego ruchu doceniłby dzieło dwójki muzyków z Middletown.
Teksty Have a Nice Life nawiązują do przekonań rzeczonej sekty. Deathconsciousness, świadomość śmierci. Liryki przesiąknięte obrazami cierpienia, symbolami z książeczki, są nasycone ciemnymi kolorami, głównie czerwienią i brązem. Po zanurzeniu w ponure wizje rozsnuwane przez zespół byłem przygotowany na sporą dawkę przygnębiających dźwięków, mogę w końcu przejść do muzyki.
Dla niektórych może być to spore wyzwanie. Dwie płyty - pierwsza zatytułowana The Plow That Broke the Plains, druga The Future. Obie utrzymane w przytłaczającym i dusznym klimacie industrialnych dźwięków perkusji, shoegaze’owych, gęstych tekstur i onirycznych drone’ów. Na szczęście zespół nie trzyma się na jednego schematu, zmienia sposób grania i dobiera coraz to nowsze środki.
Otwierająca wydawnictwo ambientowa kompozycja A Quick One Before the Eternal Worm Devours Conecticutt nie zapowiadała tego, co dzieje się na albumie. Perfekcyjnie dobrany tytuł, leniwie brzdękająca gitara opierająca się podmuchom kosmicznego wiatru spokojnie wprowadza do zindustrializowanego, post-punkowego Bloodhail. Czuć echa melancholii lat osiemdziesiątych. Początek utworu jest zadziorny, ale jego klimat dość szybko się zmienia. Delikatny wokal i przeplatające się ze sobą głosy sprawiają wrażenie zagubionych w gąszczu dźwięków. Gdzieś nad tym wszystkim unosi się duch The Cure czy Joy Division. Wrażenie robi powtarzane w zakończeniu słowo “arrowheads” w towarzystwie syczących tamburynów i gitarowej, gęstej zawiesiny, jakiej nie powstydziliby się mistrzowie z My Bloody Valentine.
Dalej mamy właśnie takie mocno rozbudowane utwory (The Big Gloom), brzmiące czasem niczym post-rock przepuszczony przez filtry wielkiej fabryki (Hunter), powracające do estetyki The Cure (Telephony), ambientowe wariacje na temat neofolku z wokalem dobiegającym gdzieś z oddali (Who Would Leave Their Son Out in the Sun) i niepokojące, dośc obfite w dźwięki drone’y (There Is No Food). Pierwsza płyta budzi u mnie wiele emocji, ale to dopiero na drugiej jest się czym zachwycać. Naprawdę.
Tajemnicze elektroniczne dźwięki otwierające The Future, to tylko wstęp do dynamicznego Waiting for Black Metal Records to Come in the Mail. Rytmiczne dźwięki perkusji, chwytliwy, przesterowany riff i w dalszym ciągu rozmarzony, rozmyty wokal. Toporna produkcja i brzmienie lo-fi zdecydowanie przypominają undergroundowe, black metalowe wydawnictwa. Następny utwór (Holy Fucking Shit: 40,000) dla kontrastu oparty jest na akustycznej gitarze, w niektórych momentach wspieranej przez linie klawiszy i pikanie zabawkowego pianinka. Gdy już zdołamy się uspokoić i wyciszyć, znikąd pojawia się ściana gitar i transowa perkusja, która w zakończeniu zmienia swój rytm na bardziej marszowy, by w końcu w ogóle zniknąć i jak gdyby nigdy nic, oddać z powrotem miejsce delikatnej gitarze. Na delikatność nie ma miejsca w Deep, Deep, gdzie powoli, lecz konsekwentnie Have a Nice Life chcą nas przyprawić o zawał serca, tworząc zgrzytliwe struktury przyozdobione rozciągniętymi, buczącymi partiami gitar.
Tytułowy The Future to znowu podróż w regiony żywego, momentami histerycznego rocka. Nerwowe klawisze i grzechoczące w tle refrenu perkusjonalia są naprawdę imponujące. Całość brzmi jak ścieżka dźwiękowa do jednego z tajemniczych rytuałów odprawianych przez Antiocheonów. Gdy zgiełk już ucichnie, zmęczony wokal oznajmia, że “I don’t want to live like this, lord/ I don’t want to live at all”, ale szybko zostaje przytłoczony przez spiętrzenie gorzkich, otępiających tekstur. Finałowy Earthmover zbliża się ponownie do post-rockowych rejonów, by przez jedenaście minut czarować brzmieniem Explosions in the Sky zmieszanego ze sporą dawką chaosu.
Niech nie odrzuca was produkcja tego albumu. Ten charakterystyczny brud jaki powstał przy nagrywaniu materiału w domowych warunkach dodaje smaku opowieści o śmierci, heretykach i bólu. To wszystko tylko wytwór fantazji dwóch panów z Have a Nice Life, ale ich muzyczne wizje są wręcz porażające. Muszę przyznać, że od razu do mnie ta muzyka nie trafiła. Potrzebowałem dość dużo czasu żeby się w nią wgryźć, z każdym kontaktem stawałem się coraz bardziej zafascynowany Deathcosciousness, który jest po prostu niesamowitym growerem. Jeśli spodobało wam się rekomendowane przeze mnie The Angelic Process, to chyba macie kandydata do tegorocznej czołówki.






[8.6]
Waiting for Black Metal Records to Come in the Mail
The Future




